W latach 70., 80., a nawet 90. dzieci miały coś, co dziś staje się rzadkością: mogły same chodzić po okolicy i poznawać świat. Wsiadały na rower, pukały do drzwi kolegi i bawiły się godzinami, bez umawiania się z wyprzedzeniem i bez nadzoru dorosłych. Często mówi się o tym, jak taka zabawa rozwija kreatywność, pewność siebie i umiejętności społeczne. Jest też inna, mniej znana korzyść: swobodna zabawa pozwalała dzieciom wyjść poza bańkę własnego domu.
Każdy dom to osobny mały świat, z własnymi zasadami, jedzeniem, zwyczajami, wartościami i sposobem mówienia. Gdy dzieci same chodziły między domami i grupami rówieśników, zaglądały do tych innych światów. Widziały, że u jednego kolegi telewizor gra cały dzień, a u innego prawie się go nie włącza. Jedna rodzina modli się przed posiłkiem, inna nie. Jedni jedzą obiad o 12:00, inni o 16:00. Jedni są głośni i swobodni, inni cisi i poukładani.
W ten sposób dzieci się kalibrowały. Widziały, że można żyć na różne sposoby. Mogły porównać i poczuć, co im odpowiada, a co nie. Przede wszystkim uczyły się, że ich sposób życia nie jest jedyny.
Dziś dzieci spędzają czas głównie w miejscach, które kontrolują dorośli: w domu, w szkole, na zajęciach dodatkowych. Spotykają się z dziećmi, które wybierają dla nich dorośli, często z podobnego środowiska. To wydaje się bezpieczne, ale zawęża perspektywę.
Dziecko, które nie zna innych sposobów życia, łatwiej przyjmuje sztywne poglądy i stereotypy, a trudniej mu o empatię. Gdy widzi, że w innych domach żyje się inaczej i że to jest w porządku, patrzy na świat szerzej.
Swobodna zabawa daje dzieciom radość, sprawczość i pewność siebie, a do tego perspektywę. Nawet trochę więcej takiej swobody pomoże wychować ludzi bardziej empatycznych i otwartych. W praktyce może to być zgoda, żeby dziecko samo poszło do kolegi z sąsiedniego bloku. Więcej pomysłów na łatwiejsze spotkania dzieci opisujemy w artykule „Nie pozwólmy odrobinie bałaganu powstrzymać zabawy”.
